piątek, 11 lipca 2014

Zwykła książka / Rozdział 1

1
Każdy dzień zaczynam od tego samego. Wstaję gramoląc się niezdarnie, drapiąc się po lewym policzku, potykam się o kota i zmierzam w kierunku łazienki. Staję przed lustrem i liczę nowe pryszcze. O tyłek można potłuc te wszystkie drogie kremy , peelingi i inne świństwa. Krzywię się słysząc pierdnięcie sąsiada za ścianą. Mieszkam w bloku więc takie odgłosy nie są już dla mnie nowością, a jednak nadal nie mogę się przystosować. Dziękuję w myślach Bogu , że te cienkie ściany nie przepuszczają smrodu. Kontemplując te głębokie przemyślenia sięgam po szczoteczkę do zębów i patrząc na mojego przygłupiego kota rozpoczynam codzienny rytuał kolistych ruchów, które mają zapewnić mojemu uśmiechowi czystość i długowieczność. Ale kto by wierzył piosenkarce z odkrytym brzuchem i nowiuśkimi koronkami w działanie tej drogiej pasty wybielającej? Prawdopodobnie moja mama jej wierzy, tak samo jak wierzy, że siedzę w szkole od ósmej do piętnastej trzydzieści. 
Jest cudowną kobietą, ale wierzy we wszystko co usłyszy i wiele razy wykorzystaliśmy to przeciwko niej razem z bratem. Będziemy się za to w piekle smażyć. Zastanawialiście się kiedyś jak to jest w piekle? Jeżeli jest tam gorzej niż na ziemi to współczuje wszystkim grzesznikom z całego serca. Ale co ja tam mogę wiedzieć, mam tylko osiemnaście lat, przygłupiego kota i trzy pryszcze na policzku.
Wypadałoby się przedstawić, bo przecież dla czytelnika całkiem ważne może się okazać to kim jestem. Tak więc, jestem nieukiem , bo często zaczynam zdania od „tak więc”. Znacie mój wiek, jednak czas zdradzić czy mam siusiaka czy też nie. Otóż nie posiadam tej dziwnej części ciała, która tak sprawnie steruje mężczyznami. Przyznaję się, jestem dziewczynką, a nawet kobietą. W delikatesach mówią do mnie per Pani i sprzedają alkohol. Nie lubię alkoholu, kojarzy mi się z rodzinnymi imprezami, które zawsze słabo się kończą, a do tego jest niesmaczny. Może właśnie przez to nie mam znajomych. Albo i przez to, że jestem zwykła, nudna, mało atrakcyjna i daleko mi do ideału (wsadzam do lodówki puste opakowania po jedzeniu ale ciii, to nie ja).
Zapowiada się nudna ksiażka, prawda? Jakaś tam dziewczyna opowiada o swoim życiu. Szczerze mówiąc sama bym tego nie przeczytała. Jednak chcę wam o czymś opowiedzieć, bo przecież w życiu każdego człowieka może nastąpić zwrot akcji.
Wróćmy jednak do codzienności.
Zazdroszczę tym którzy nie martwią się o jutro, którym pieniądze starczają na czynsz i wszystkim którzy po szkole mogą jechać do centrum handlowego, by dla kaprysu kupić sobie nowe spodnie. Ja w przeciwieństwie do tych osób, jak każdego dnia od ukończenia liceum, szykowałam się do pracy.
Naszykowałam sobie kanapkę z tanią szynką upaćkaną od niechcenia sosem barbecue, a biegnąc na autobus jej resztki dogorywały w moich ustach. Było prawie niebezpiecznie – ugryzłam się w język! Jest akcja? Jest akcja. Nie narzekajcie.
Jak zwykle było duszno i gorąco, a jakby tego było mało jakiś ogromny, brodaty pan oparł się o mnie swoim brzuchem, zawieszając mi nad głową spoconą pachę i nic sobie nie robił z widoku mojej naburmuszonej twarzy i zatykanego ręką nosa.
Podziwiam takich ludzi, gdybym ja wiedziała, że pod pachami mam wzory niczym kontynenty na mapie, dociskałabym łokcie do ciała aż wyszłyby drugą stroną. Jednak ten pan niczym dumny wiking odsłaniał swoją Afrykę, Azję i Australię tak bym mogła przez czterdzieści minut zastanawiać się czy dojadę żywa oraz czy jak wytężę wzrok wystarczająco mocno to zobaczę pod jego pachą Mur Chiński.
Autobus oczywiście stał w korku, więc zaraz po jego zatrzymaniu wybiegłam i na złamanie karku pobiegłam ku mej Jerozolimie jaką była dla mnie „Viva de ristorante” w której od lat pracuje w okresie wakacyjnym. Często zastanawiam się czy szef w ogóle zna jakiekolwiek słowo po włosku i czy szyld jest poprawny, ale to przecież nie ma znaczenia, jedzenie jest dobre.
-Ty jak zwykle spóźniona..- przywitał mnie entuzjastycznie  mój szef, Jared.
Jared był znajomym mojej mamy jeszcze z czasów collage’u. Zawsze nosił tą swoją paskudną koszulę jak z broszurki o tanim hotelu nad morzem. Był wzrostu dziecka  z podstawówki, ale głosem wypełniał całą przestrzeń w restauracji.
-Przepraszam szefie! Wiesz jak to jest.-odpowiedziałam mu wyuczoną już formułką, którą on skwitował tylko machnięciem ręki.
Założyłam pospiesznie służbowe ubranie składające się z czarnej ołówkowej spódnicy i koszulki polo w tym samym kolorze. Związałam długie, brązowe włosy w gładki kucyk i wybiegłam ocenić sytuację na sali.
Mimo wczesnej godziny panował już tłok. Klienci wesoło gawędzili zajadając się daniami z oferty śniadaniowej.
-O! Annie, co tak długo?- krzyknęla do mnie (tak, Annie to ja) chuda blondynka, unosząc tacę z brudnymi naczyniami nad głowami nieświadomych ludzi. Lawirowała między stolikami z godną podziwu gracją, ja przy niej wyglądałam jak słoń w składzie porcelany. Już po chwili stała obok mnie nachylając się w moim kierunku. Panował zbyt duży hałas by móc normalnie rozmawiać.
-Ann, dzisiaj stoliki: sześć, siedem, osiem, dziewięć, osiemnaście i dwadzieścia są twoje.- mówiła to pokazując długopisem w kierunku poszczególnych części sali.
Miała na imię Janet i była żoną Jareda. Janet i Jared. Jared i Janet. Jak Pat  i kot. Zamiast obrączek wytatuowali sobie swoje imiona a zamiast dziecka mają szympansa . Co pieniądze robią z ludźmi..
Często patrzyłam na nich zastanawiając się jak to jest fizycznie możliwe , że tacy ludzie się rodzą i jeszcze łączą się w pary.
Uśmiechnęłam się do niej bo przecież była żoną mojego szefa, jednak mój uśmiech wyglądał raczej jak ten na twarzy rozjechanej żaby niż jak cokolwiek naturalnego, chyba , że śmierć żaby uznamy za naturalną. Wzięłam notesik i ruszyłam na ratunek wygłodniałej rzeszy bogaczy.
Kiedy jest się w pracy czas niemiłosiernie się ciągnie i dluży. Każda minuta trwa godzinę, a ja zaczynam  modlić się by wydarzyło się coś śmiesznego, by stało się cokolwiek co na chwilę zaburzy normalny tok dnia.

Gdyby ktoś tamtego dnia powiedział mi, że znokautowanie mnie krzesłem wywróci moje dotychczasowe życie do góry nogami prawdopodobnie puknęłabym się w czoło.

dlaczego?

Przez całe życie powtarzałam, że zazdroszczę ludziom, którzy mają pasję. Ale nie taką chwilową.. taką która trwa i daje siłę do działania. Tacy ludzie potrafią postawić wszystko na jedną kartę i dążyć do celu. Mam wielu takich znajomych. Ja sama jednak nigdy nie znalazłam w sobie takiej pasji. Od czasu do czasu tańczyłam, śpiewałam, grałam ale to nie było to. Było coś co pojawiało się w każdej ważnej chwili mojego życia. Kiedy tylko zaczynam odczuwać skrajne emocje - piszę. Pojawiło się to już dawno. Każdy zeszyt z podstawówki, gimnazjum czy liceum ukrywa w środku moje skarby. Tysiąc razy zaczynałam pisać coś co miało być książką i nie miałam siły skończyć. Teraz kiedy kartek mam pod dostatkiem, czas spędzany w pracy nieubłaganie się ciągnie, a moja przyszłość stoi pod znakiem zapytania, postanowiłam coś zacząć i skończyć.
Pomysłów na książki mam wiele, na swoje życie żadnego. Potraktuję tego bloga jako terapię dla siebie. Będę publikować rozdział po rozdziale i może ktoś równie znudzony życiem jak ja znajdzie tu coś dla siebie.

Do starych znajomych..
Mam nadzieję, że tym razem nie zawiodę i dokończę opowieść.