1
Każdy dzień zaczynam od tego samego. Wstaję gramoląc się
niezdarnie, drapiąc się po lewym policzku, potykam się o kota i zmierzam w
kierunku łazienki. Staję przed lustrem i liczę nowe pryszcze. O tyłek można
potłuc te wszystkie drogie kremy , peelingi i inne świństwa. Krzywię się
słysząc pierdnięcie sąsiada za ścianą. Mieszkam w bloku więc takie odgłosy nie są
już dla mnie nowością, a jednak nadal nie mogę się przystosować. Dziękuję w
myślach Bogu , że te cienkie ściany nie przepuszczają smrodu. Kontemplując te głębokie
przemyślenia sięgam po szczoteczkę do zębów i patrząc na mojego przygłupiego
kota rozpoczynam codzienny rytuał kolistych ruchów, które mają zapewnić mojemu
uśmiechowi czystość i długowieczność. Ale kto by wierzył piosenkarce z odkrytym
brzuchem i nowiuśkimi koronkami w działanie tej drogiej pasty wybielającej? Prawdopodobnie
moja mama jej wierzy, tak samo jak wierzy, że siedzę w szkole od ósmej do
piętnastej trzydzieści.
Jest cudowną kobietą, ale wierzy we wszystko co usłyszy
i wiele razy wykorzystaliśmy to przeciwko niej razem z bratem. Będziemy się za
to w piekle smażyć. Zastanawialiście się kiedyś jak to jest w piekle? Jeżeli
jest tam gorzej niż na ziemi to współczuje wszystkim grzesznikom z całego
serca. Ale co ja tam mogę wiedzieć, mam tylko osiemnaście lat, przygłupiego
kota i trzy pryszcze na policzku.
Wypadałoby się przedstawić, bo przecież dla czytelnika
całkiem ważne może się okazać to kim jestem. Tak więc, jestem nieukiem , bo
często zaczynam zdania od „tak więc”. Znacie mój wiek, jednak czas zdradzić czy
mam siusiaka czy też nie. Otóż nie posiadam tej dziwnej części ciała, która tak
sprawnie steruje mężczyznami. Przyznaję się, jestem dziewczynką, a nawet
kobietą. W delikatesach mówią do mnie per Pani i sprzedają alkohol. Nie lubię
alkoholu, kojarzy mi się z rodzinnymi imprezami, które zawsze słabo się kończą,
a do tego jest niesmaczny. Może właśnie przez to nie mam znajomych. Albo i
przez to, że jestem zwykła, nudna, mało atrakcyjna i daleko mi do ideału
(wsadzam do lodówki puste opakowania po jedzeniu ale ciii, to nie ja).
Zapowiada się nudna ksiażka, prawda? Jakaś tam dziewczyna
opowiada o swoim życiu. Szczerze mówiąc sama bym tego nie przeczytała. Jednak
chcę wam o czymś opowiedzieć, bo przecież w życiu każdego człowieka może
nastąpić zwrot akcji.
Wróćmy jednak do codzienności.
Zazdroszczę tym którzy nie martwią się o jutro, którym pieniądze
starczają na czynsz i wszystkim którzy po szkole mogą jechać do centrum
handlowego, by dla kaprysu kupić sobie nowe spodnie. Ja w przeciwieństwie do
tych osób, jak każdego dnia od ukończenia liceum, szykowałam się do pracy.
Naszykowałam sobie kanapkę z tanią szynką upaćkaną od niechcenia
sosem barbecue, a biegnąc na autobus jej resztki dogorywały w moich ustach. Było
prawie niebezpiecznie – ugryzłam się w język! Jest akcja? Jest akcja. Nie
narzekajcie.
Jak zwykle było duszno i gorąco, a jakby tego było mało
jakiś ogromny, brodaty pan oparł się o mnie swoim brzuchem, zawieszając mi nad
głową spoconą pachę i nic sobie nie robił z widoku mojej naburmuszonej twarzy i
zatykanego ręką nosa.
Podziwiam takich ludzi, gdybym ja wiedziała, że pod pachami
mam wzory niczym kontynenty na mapie, dociskałabym łokcie do ciała aż wyszłyby
drugą stroną. Jednak ten pan niczym dumny wiking odsłaniał swoją Afrykę, Azję i
Australię tak bym mogła przez czterdzieści minut zastanawiać się czy dojadę
żywa oraz czy jak wytężę wzrok wystarczająco mocno to zobaczę pod jego pachą
Mur Chiński.
Autobus oczywiście stał w korku, więc zaraz po jego
zatrzymaniu wybiegłam i na złamanie karku pobiegłam ku mej Jerozolimie jaką
była dla mnie „Viva de ristorante” w której od lat pracuje w okresie
wakacyjnym. Często zastanawiam się czy szef w ogóle zna jakiekolwiek słowo po
włosku i czy szyld jest poprawny, ale to przecież nie ma znaczenia, jedzenie
jest dobre.
-Ty jak zwykle spóźniona..- przywitał mnie
entuzjastycznie mój szef, Jared.
Jared był znajomym mojej mamy jeszcze z czasów collage’u. Zawsze
nosił tą swoją paskudną koszulę jak z broszurki o tanim hotelu nad morzem. Był
wzrostu dziecka z podstawówki, ale
głosem wypełniał całą przestrzeń w restauracji.
-Przepraszam szefie! Wiesz jak to jest.-odpowiedziałam mu
wyuczoną już formułką, którą on skwitował tylko machnięciem ręki.
Założyłam pospiesznie służbowe ubranie składające się z
czarnej ołówkowej spódnicy i koszulki polo w tym samym kolorze. Związałam
długie, brązowe włosy w gładki kucyk i wybiegłam ocenić sytuację na sali.
Mimo wczesnej godziny panował już tłok. Klienci wesoło
gawędzili zajadając się daniami z oferty śniadaniowej.
-O! Annie, co tak długo?- krzyknęla do mnie (tak, Annie to
ja) chuda blondynka, unosząc tacę z brudnymi naczyniami nad głowami
nieświadomych ludzi. Lawirowała między stolikami z godną podziwu gracją, ja
przy niej wyglądałam jak słoń w składzie porcelany. Już po chwili stała obok
mnie nachylając się w moim kierunku. Panował zbyt duży hałas by móc normalnie
rozmawiać.
-Ann, dzisiaj stoliki: sześć, siedem, osiem, dziewięć,
osiemnaście i dwadzieścia są twoje.- mówiła to pokazując długopisem w kierunku
poszczególnych części sali.
Miała na imię Janet i była żoną Jareda. Janet i Jared. Jared i Janet. Jak Pat i kot. Zamiast obrączek wytatuowali sobie
swoje imiona a zamiast dziecka mają szympansa . Co pieniądze robią z ludźmi..
Często patrzyłam na nich zastanawiając się jak to jest
fizycznie możliwe , że tacy ludzie się rodzą i jeszcze łączą się w pary.
Uśmiechnęłam się do niej bo przecież była żoną mojego szefa,
jednak mój uśmiech wyglądał raczej jak ten na twarzy rozjechanej żaby niż jak
cokolwiek naturalnego, chyba , że śmierć żaby uznamy za naturalną. Wzięłam
notesik i ruszyłam na ratunek wygłodniałej rzeszy bogaczy.
Kiedy jest się w pracy czas niemiłosiernie się ciągnie i
dluży. Każda minuta trwa godzinę, a ja zaczynam modlić się by wydarzyło się coś śmiesznego, by
stało się cokolwiek co na chwilę zaburzy normalny tok dnia.
Gdyby ktoś tamtego dnia powiedział mi, że znokautowanie mnie
krzesłem wywróci moje dotychczasowe życie do góry nogami prawdopodobnie
puknęłabym się w czoło.